sobota, 26 stycznia 2013

Maszeńkowe rozważania odnośnie śniegu

                   
  Jedyne, co mnie ostatnio trzyma przy życiu to świadomość, że kiedyś znowu będzie zielono i słonecznie na dworze. Czekam na ten moment z utęsknieniem odznaczając przy tym dniu w kalendarzu. Wiosno ach wiosno, gdzie żeś się podziała? Czyżbyś o swych biednych dzieciach zapomniała? Tęskni mi się za nią tak bardzo, że siedzę od czasu do czasu z twarzą przyklejoną do szyby, wyobrażając sobie przy tym pięknie kwitnące roślinki na moim podwórku. A gdy wystarczająco się przy tym rozmarzę, muszę szybko się otrząsnąć i wita mnie złośliwa rzeczywistość. Miałam dzisiaj taki piękny sen... Anomalia pogodowa polegająca na tym, że mamy temperaturę sięgającą 30 stopni. W dodatku bieżącego miesiąca. Tylko co chwila z tyłu głowy podszeptywała złośliwie mi świadomość, że to jednak sen. Mimo moich rozpaczliwych wrzasków " zamknij się ! " ( te mniej cenzuralne przemilczę ) ona z błyskiem w oku dalej swoje powtarzała. Małpiszon jeden. Jestem zdecydowanie postacią ciepłolubną więc nie dla mnie cztery pory roku. Aczkolwiek ich cudowny urok dostrzegam, prawie tak samo jak sławetny Vivaldi. Z tą subtelną różnicą, że tenże podziw zaczyna się i kończy na jego twórczości. Jednak Pani Masza zupełnie się
ze mną nie zgadza. Ona kocha zimę. Uwielbia. A ten śnieg? Toż to rarytas najlepszy, na równi kawiorem z Bieługi! Ciapa dla niej to mięta z bubrem, ma przecież cztery łapy zakończone uroczymi pazurkami. Takie swoiste zabezpieczenie antypoślizgowe. Ostatnio lądując boleśnie tyłkiem w śniegu, ja, nie Masza, rzecz jasna, napotkałam jej pełne politowania spojrzenie. Skwitowała ten incydent oburzonym prychnięciem i pogalopowała dalej w poszukiwaniu zajęcy. Dobrze, niech szuka. Podobno nic się nie równa pasztetowi zajęczemu. Ale to jej spojrzenie było takie nie na miejscu, że postanowiłam ją uświadomić, iż powinna spoglądać na mnie spod bujnej grzywy z żalem a nie politowaniem. Dlatego też biegłam za nią z postanowieniem wywrócenia jej łapami do góry. Niech ma smarkata i zobaczy, jak to miło! To jest, niech poczuje się tak jak i ja. No, żeby w przyszłości wiedziała, że gdy spotka mnie znowu tak mało sympatyczna sytuacja, należy pomóc mi wstać. Skradałam się za nią i skradałam i skradałam. Czekając tym samym na odpowiedni moment. Gdy wreszcie nadarzyła się taka okazja, do uszu wszystkich ( ewentualnie w tle ) zgromadzonych doszło głuche tapnięcie. A zaraz po tym wariacki chichot. Udało się! Oczywiście udało się Maszy mnie zrównać z ziemią, nie odwrotnie, jak wcześniej planowałam. Cóż, jak wspominałam wyżej - ona ma aż cztery łapy a ja tylko dwie. To jest, z psiego punktu widzenia mam cztery, zatem potrzebne będzie sprostowanie - ja mam tylko cztery nogi a ona dwie. Nie! Ona ma cztery łapy a ja dwie nogi. Ponadto mój kadłub został również wyposażony w dwie wcale nieźle sprawne ręce, niestety nie da się ich używać w trakcie chodzenia. A szkoda, może dzięki temu moje pośladki nie wylądowały by w tym zimnym, i mokrym i okropnym śniegu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz