poniedziałek, 18 marca 2013

W ZDROWYM CIELE ZDROWA JA!


lansik.pl
             
  Nie ćwiczysz, nie żyjesz! W imię tego hasła, postanowiłam się zaprzyjaźnić z panią Mel B. Uważam ją za rewelacyjną, ćwiczenia są urozmaicone, ciekawe a co więcej - człowiek tak się czuje, jakby był w tym ciepłym miejscu gdzie ona prowadzi fitness;D
  Po cholerę mi to było? No cóż, jeżeli przez całe życie chce się być sprawnym, zdrowym i mieć nawet na stare lata niezłą sylwetkę to wiadomo, że trzeba wcześniej się za to zabrać - to, że teraz ma się rewelacyjne wymiary wcale nie oznacza, że zostanie tak na zawsze. A nie ma większej tragedii dla kobiety, niż ze smukłej brzózki przeobrazić się w opasłą słonicę. Swoją drogą, nie wiem dlaczego, ale w dzieciństwie zapytana o to, kim chcę być jak dorosnę, odpowiadałam, że słoniem. Cóż, miałam wtedy jakieś 4 lata i byłam zafascynowaną fanką programów przyrodniczych. Być może stąd ta fascynacja. 
    Wczoraj z samego rana wciągnęłam na tyłek wygodne dresy i świńskim truchtem
pogalopowałam na siłownię. Było to tym większe poświęcenie, zważywszy na porę dnia, dzień tygodnia oraz ilość pokonanych kilometrów w imieniu znalezienia się w tej krainie rozpusty. Poza tym, skoro mam ją w domu, żal z niej nie korzystać. Włączyłam komputer, poprzestawiałam gryfy, hantle i ławeczkę, co by mieć więcej miejsca na swoje ekscesy i umościłam się na środku pomieszczenia. Myślę sobie - takie ćwiczenia to łatwizna! Na początek rozgrzewka z Mel. No, zdyszałam się trochę, to racja. Potem, w ramach odpoczynku, włączyłam 10minutowym trening brzucha. Mój tok rozumowania był taki - po co się przemęczać, wezmę się za coś łatwiejszego. Wydawać by się mogło, że skoro posiadam w całkiem niezłym stopniu wyrzeźbione tyle o ile mięśnie brzucha, ta porcja ćwiczeń będzie łatwa jak mięta z bubrem,, lekka i przyjemna. Cóż, zmachałam się lekko, szyja nie chciała ze mną współpracować po skończonym treningu, więc stwierdziłam, że go nie będę powtarzała. Zadecydowałam więc, że poćwiczymy na mięśnie tyłka. Od zawsze lubiłam te ćwiczenia, jakoś wydawały mi się najłatwiejsze. I najmniej bolesne. Co przeżyłam, to moje. Tak czy inaczej, udało mi się wstać, co było nie lada wyczynem, i doczołgać do krzesła. Co prawda były lekkie trudności techniczne, co by umościć na nim cztery litery. Gdy wszedł mój tata po karimatę ( gdyż u nas umiłowanie do sportu jest rodzinne. Ale wiecie, dla mojego taty wysiłek fizyczny, ćwiczenia siłowe, rozciągające, rzeźbiące nananana i tak dalej to przyjemność i sposób na relaks. Poza tym, nie ma co się dziwić bo łudząco przypomina Schwarzeneggera. ) spojrzał się na mnie a nawet dokładnie przyjrzał. Zastanowił się dokładnie po czym wyartykułował pytanie, skierowane do kupki krwi i potu ( czyt. mnie ) " Ćwiczyłaś? " . Ja na to energicznie pokiwałam głową, co miało oznaczać, że owszem, ćwiczyłam ( czego żałuję, bo szyja też mnie boli. Nie wiem za cholerę, dlaczego! ). Tata się uśmiechnął z wyższością i jakby ulgą i odpowiedział " Uff, to dobrze. Myślałem, że upadłaś i się porządnie potłukłaś. " i poszedł ćwiczyć. Nie wiem, skąd te podejrzenia, co bym miała zaliczyć spotkanie pierwszego stopnia z podłogą. Być może wskazywały na to odgłosy wydawane przeze mnie i moje biedne ciało w trakcie ćwiczeń.
  Jestem blada i dumna z mojego arcy trudnego wyczynu. Przypominać mi będzie o tym obolałe ciało, całe, bez wyjątku. Dzisiaj dam sobie spokój, mam nadzieję, że Mel się nie obrazi. Za to jutro powitam ją na nowo!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz